Stara zasada rzymskiego prawa mówi, że „czego nie ma w aktach, nie istnieje na świecie” (quod non est in actis, non est in mundo). Ta zasada – obowiązująca również w polskim prawie - nie zwalnia jakoby sądu z obowiązku wyjaśnienia sprawy, czyli dotarcia do prawdy. Lecz ponieważ sąd to prawo – nie sprawiedliwość, zatem sąd III RP potrafi rozstrzygnąć sprawę, bez konieczności ustalenia prawdy materialnej (obiektywnej).  

Orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Warszawie, jakie zapadło w sprawie Waldemar Chrostowski versus Wojciech Sumliński i WPROST powinno zwrócić uwagę głównie z tej przyczyny, że w kwestii ustalenia prawdy odsyła nas do niezwykłego świadka. Prowadząca rozprawy sędzia szczerze wyznała, iż „sąd nie ma możliwości przeprowadzenia dowodu: prawda czy fałsz”.A skoro nie ma takich możliwości – sąd odesłał nazbyt ciekawskich obywateli do jedynego arbitra - „historii” i uznał, że tylko ona  ma prawo ocenić postępowanie Chrostowskiego. Tylko historia – zdaniem sądu III RP - jest władna rozstrzygnąć, czy Waldemar Chrostowski „był związany z SB”. Bez najmniejszej obawy narażenia się na poważny konflikt logiczny sąd przyznał, że nie wie, jaka jest prawda na temat Chrostowskiego, ale jednocześnie stwierdził, że „za wcześnie na sugerowanie, że miał on związki z SB”.

Kiedy zatem można takiej „sugestii” użyć? Tylko wówczas, gdy wypowie się na ten temat historia. Czemu – chciałoby się dociekać – sąd nie zadał owej „historii” fundamentalnego pytania, czemu nie wezwał jej na świadka, nie powołał jako eksperta? Dlaczego wydał wyrok, choć przyznał, że nie wie jak wygląda prawda?

Znamy odpowiedź na to pytanie.

Sąd III RP orzekł bowiem, że w procesie o ochronę dóbr osobistych należy oddzielić ocenę zdarzeń historycznych od stwierdzeń odnoszących się do postaw i zachowań ich uczestników. Te drugie – zdaniem sądu - muszą być poparte "wskazaniem rzetelnych i wiarygodnych źródeł".

W praktyce oznacza to, że jeśli z oceny zdarzeń historycznych wynika, iż ktoś zachował się jak zdrajca – w żaden sposób nie mogę nazwać go po imieniu, dopóki nie będę dysponował „rzetelnymi i wiarygodnymi źródłami”. Takim źródłem nie będą dokumenty archiwalne, bo zdaniem sądu – „to dokumenty szczątkowe, z których takich sugestii wywieść nie można”. Nie będą nim również zeznania biegłego i świadków – bo ten pierwszy okazał się „stronniczy” zamieszczając w prasie artykuły historyczne, a z listy kilkunastu świadków sąd wybrał jednego – byłego milicjanta, który mógł powiedzieć tylko tyle, że „nie został zwolniony z tajemnicy służbowej”.  

Nie warto pytać sądu III RP – jaki werdykt wydała polska historia - bo jego odpowiedzialność za dotarcie do prawdy jest żadna, choć prawa o jej orzekaniu – ogromne. Nie warto również, dlatego, że sądom III RP nader często niezawisłość myli się z nieomylnością, co zamiast boskich przymiotów, przydaje tym ludziom pożałowania godny wymiar.

Dość zauważyć, że stosując zasady sądu III RP nie mógłbym nazwać Stalina mordercą, bo nie dysponuję żadnymi „rzetelnymi i wiarygodnymi źródłami”, by móc to wykazać. Nie mam dokumentu, w którym ów Stalin przyznał się, że jest mordercą, a w myśl logiki tego sądu - wszystkie relacje historyków i zeznania świadków będą „stronnicze”.

           W tej jednak, konkretnej sprawie mamy do czynienia z szeregiem działań, których efekty pozwoliły sądowi wydać taki, a nie inny wyrok. Można nawet powiedzieć, że proces Chrostowski kontra Sumliński miał wielu współuczestników, którzy zadbali o końcowy werdykt. Oto fakty:

 

 - 2 lutego 1984 r. Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV SUSW w Warszawie pod numerem 39785 - jako "zabezpieczenie operacyjne do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie "Popiel" (to sprawa dotycząca ks.Jerzego). Na karcie ewidencyjnej dotyczącej Chrostowskiego zachowała się informacja o jego pseudonimie operacyjnym - "Desperat".  Zabezpieczenie operacyjne” -  było taką konspiracją w ramach SB. Chodziło o to, by jeden funkcjonariusz nie wchodził w drogę drugiemu przy rozpracowywaniu kogoś” – wyjaśnia politolog i historyk z UJ Antoni Dudek.

-31 sierpnia 1987 r. mecenas Edward Wende w imieniu Waldemara Chrostowskiego, zawarł z MSW ugodę. Opatrzono ją klauzulą tajności. W najważniejszym fragmencie ugody zapisano: "Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku". W ugodzie czytamy ponadto: "Skarb Państwa - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (...) postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych". Na podstawie tej ugody MSW wypłaciło Chrostowskiemu ogromną jak na ówczesne warunki kwotę 1 mln 800 tys. zł, co stanowiło odpowiednik kilkuletniej pensji. Nigdy wcześniej, ani później peerelowskie MSW nie zawarło podobnej ugody.